Kara i nagroda – Dookoła nas

„Słowa są jak ściany, albo jak okna”

artykuł blogerki

HANNY HARBARCZYK KLUJEW

Do tego wpisu musiałam ciut dojrzeć, a jeszcze bardziej ułożyć sobie w głowie to, jak ubrać w słowa moje przemyślenie o nagradzaniu i karaniu żeby było zrozumiałe dla ogółu. Ci, którym tak, jak mnie bliskie jest RB, NVC naturalnym jest moje podejście do tematu, ale już Ci, którzy gdzieś otaczają mnie na zewnątrz, dookoła mnie obserwują dość bacznie moją osobę i mam wrażenie, że mam przed sobą bardzo często ścianę, widzę te uśmieszki i zdziwienie i to pytanie w oczach „co?”, „dlaczego?”, „ale jak?”. Wspominałam Wam już kiedyś, że w naszym domu nie ma kar i nagród. Przynajmniej staram się żeby takie podejście wypracować u wszystkich członków rodziny. To trudne, kiedy jeden z rodziców nie do końca jet o czymś przekonany, nie do końca to czuje. Dla tych, którzy przeoczyli wpis w którym odnosiłam się do kar i nagród wrzucam dla przypomnienia.

Wyzwolona „ja”

 

KARA

Byłam wychowana w systemie w którym kary i nagrody były czymś naturalnym. Wiadomo, że od samego początku jesteśmy oceniani, już w zerówce mieliśmy do czynienia ze słoneczkami, chmurkami i innymi formami ocen naszych wyników. Założę się też, że większość z Was miała do czynienia z karami i nagrodami w domu, dla mnie samej ta forma była naturalna i do głowy nawet nie przyszło mi zastanawiać się nad tym. Kary i nagrody dają przecież szybkie efekty, są silnym motywatorem, dają nam natychmiastowy komunikat co warto robić, a czego nie i jakie fajne i miłe są skutki dostosowania się do tego, czego inni od nas oczekują, że takie postępowanie jest lukratywne. Wszystko pięknie tylko na krótką metę.

„Wiara w to, że dzieci muszą być ukarane, aby nauczyć się lepszego zachowania, jest nielogiczna. Dzieci uczą się przewracać, czołgać, chodzić, mówić, czytać i jeszcze wielu innych bardziej skomplikowanych czynności, bez konieczności karania. Dlaczego więc, takie same łagodne przewodnictwo, wsparcie i świadomość rozwojowych możliwości dziecka, które rodzic wykorzystuje do nauki tych skomplikowanych czynności, nie miałoby zadziałać, aby nauczyć dziecko łagodnie głaskać kota czy pisać na kartce zamiast po ścianie?” L. R. Knost

Nauczę się chyba tego cytatu na pamięć i będę strzelała nim zawsze wtedy, kiedy będą strzelać we mnie, a strzelają nawet w domu, ale o tym później. Swoją opinię na temat kar i nagród wypracowałam na bazie tego, co przeczytałam, sporo literatury w tym temacie przewinęło się przez moją biblioteczkę, ale to nie dlatego mam takie, a nie inne podejście. Przede wszystkim i po pierwsze wychowanie bez kar i nagród to po prostu to, co czuję w macierzyństwie, dla mnie to zupełnie naturalne. Nie mniej musicie mi wierzyć, że często w ciągu dnia, kiedy Mikołaj daje mi totalnie w kość, a ja nakręcam się jak zegarek i zaczynam pływać w złych emocjach i pogrążać się w moim myśleniu mam ochotę jakoś się Jemu „odwdzięczyć” za to, co czuję, ale potem łapię się na tym (szczęśliwie w porę), że to ja, dorosła osoba jestem odpowiedzialna za nasze relacje, za jakość naszych relacji i emocje, które się między nami pojawiają.

Obwinianie dzieci o to, że nie rozumieją, nie słyszą, „nie współpracują”, ujawnia postawę dorosłego, który nie chce wziąć na siebie tej odpowiedzialności” 

Sami wiecie jak trudno w momentach kryzysowych, kiedy wszystko w nas buzuje na chłodno podejść do tematu, ale to nie dzieci łamią zasady ani umowy, one po prostu nie są w stanie radzić sobie z następstwem przyczynowo – skutkowym i stresem. Przykład z życia. Mikołaj ostatnio poprosił mnie żebym zrobiła tory, które będą unosiły się w powietrzu, dla mnie logicznym było, że się po prostu „nie da”, a Jego frustracja sięgała zenitu i 30 minut wałkowaliśmy temat. Mikołaj jest tak fantastycznym dzieckiem, że lubi „obgadać” to, co się wydarzyło, więc zawsze jak już emocje opadną siadamy i rozmawiamy o tym, co się stało, nie karam go za to, że ja sobie nie mogłam poradzić z Jego frustracją. Uważam w ogóle, że im więcej w takich trudnych momentach pada słów z naszych ust tym mniejszy i słabszy jest odbiór.

Mimo wszystko wychowanie bez kar i nagród jest cholernie trudne, trudniejsze niż te schematyczne z nagradzaniem i karaniem. Nie chcę żeby moje dziecko bało się mnie, kiedy zrobi coś źle, chcę żeby wiedział, że ma we mnie oparcie i wsparcie, że staram się je zrozumieć. Chcę w nim budować bezwarunkowe poczucie własnej wartości. Uważam, że wychowanie bez kar i nagród buduję między nami silną więź, relacje. Bezstresowe wychowanie? Tak, słyszę już to za plecami. Nie ma bezstresowego wychowania, stres jest wpisane w życie każdego, tego najmniejszego i tego starszego dziecka. Ja chcę się dogadać z dziecko, chcę go traktować tak, jak sama chciałabym żeby mnie traktowano. Nie ma dzieci, są ludzie. Moim zdaniem dziecko, które się karze (np. stoi w kącie lub siedzi na innym karnym jeżyku) nie odczuwa skruchy, myślę, że czuje się odrzucone i skrzywdzone, potrzebuje relacji, boi się jej utraty, kary to tłumienie emocji dzieci, które z tymi emocjami nie umieją sobie poradzić. W naszym domu temat kar i dyscypliny (o zgrozo) wałkowany jest coraz rzadziej, ale rodzi się za każdym raziem, kiedy Tomek nie umie poradzić sobie ze swoimi frustracjami i emocjami. W domu panuje nerwowa atmosfera wszystko inne piętrzy się i narasta, a my zabijamy się o te wszystkie złe emocje. Dziecko zawsze chce współpracować, tylko do tego potrzebne są odpowiednie warunki. Wtedy pojawiają się te magiczne słowa. Mnie jest wtedy bardzo trudno, mam ochotę rzucić książką albo odpowiednim rozdziałem, ale wierzę, że dojdziemy do porozumienia, bo Tomek chętnie i żwawym krokiem idzie za mną i za tym, co Jemu pokazuje przez swoje zachowanie.

NAGRODA

Podobno z punktu widzenia psychologii kara i nagroda działają według tego samego mechanizmu. W sumie nie można się z tym nie zgodzić, bo jeżeli nagradzamy w danym momencie dziecko za coś to logiczne jest, że jak za jakiś czas tego nie zrobi to czeka go kara. Osobiście nagradzanie rozumiem w mało skomplikowany sposób, dziecko robi coś nie dlatego, że chce czy sprawia mu to przyjemność tylko po to żeby coś dostać. Nie ma tutaj jakiejś wewnętrznej motywacji. Z nagrodami spotykamy się chyba częściej niż z karami. Nie spotkałam się jeszcze ani razu z lekarzem, który w momencie, kiedy Mikołaj zaczynał płakać podczas badania nie wyciągnął uśmiechniętego zwierzaka na okrągłej naklejce. Dla mnie to tłumienie emocji, ale nie walczę z tym, bo do lekarza nie chodzimy często i nie mam ochoty wdawać się w dyskusje. W naszym domu swego czasu na każdą „żałobę” Mikołaja, każdą porażkę Tomek wyciągał różnego rodzaju „pocieszyciela”. Gotowałam się w środku i szczęśliwie udało mi się zażegnać ten rodzaj nagradzania za gorsze momenty. Mam wrażenie, że  współcześnie nie potrafimy przeżywać żałoby, ale to temat na inny wpis. Z nagradzaniem mamy do czynienia częściej niż z karaniem. Dziecko zjada „grzecznie” obiad, dostaje lizaka, dziecko „grzecznie” zachowywało się w przedszkolu, dostaje prezent, ale często pewnie zwyczajnie wolałoby się rozpłakać, pogadać o tym, co go spotkało niż dostawało za to czekoladowe jajo. Chcę bezwarunkowych relacji w naszym domu i mimo, że każdego dnia się potykamy, wierzę, że to, co robimy zaprocentuje i kiedyś, kiedy będziemy już tylko obserwować Mikołaja będziemy widzieli w nim pewnego siebie, z poczuciem własnej wartości, szczęśliwego mężczyznę.